Co było impulsem do stworzenia własnej marki?
Impuls do stworzenia Nuthatch wynikał z połączenia kilku pozornie odległych światów. Jubilerstwo jest obecne w mojej rodzinie od pokoleń. Mój dziadek był mistrzem złotnictwa, a ja sama od najmłodszych lat fascynowałam się zarówno sztuką, jak i rzemiosłem. Ostatecznie zawodowo związałam się z konserwacją dzieł sztuki, ale potrzeba tworzenia własnych przedmiotów nigdy mnie nie opuściła. Zawsze interesowało mnie przekraczanie granic między różnymi dziedzinami sztuki. Zaczęłam więc zastanawiać się, dlaczego biżuterię niemal automatycznie kojarzymy z pierścionkiem, naszyjnikiem czy kolczykami. Dlaczego nie miałaby stać się również częścią fryzury, nie tylko dodatkiem, ale elementem, który potrafi całkowicie zmienić charakter stylizacji? Tak narodził się pomysł na markę szlachetnej biżuterii do włosów. Chciałam stworzyć coś, czego sama nie znajdowałam na rynku: ozdoby wykonywane z myślą o jakości i trwałości właściwej tradycyjnemu jubilerstwu, ale dające znacznie większą swobodę interpretacji. Przedmioty, które można nosić na różne sposoby, od codziennych, minimalistycznych upięć po bardziej wyraziste, wieczorowe stylizacje. Nuthatch powstało pod koniec 2021 roku i od początku było dla mnie przestrzenią twórczej niezależności. Nie chciałam projektować kolejnych sezonowych akcesoriów. Zależało mi na stworzeniu biżuterii, która nie podąża za chwilową modą, lecz pozwala każdej kobiecie wykorzystać ją na własnych zasadach. Lubię myśleć, że nie projektuję gotowej stylizacji, ale daję narzędzie do jej stworzenia.
Jak długo trwały poszukiwania idealnej nazwy i dlaczego właśnie ta została wybrana?
Nazwa pojawiła się dość naturalnie, choć zależało mi, żeby miała osobiste znaczenie i jednocześnie oddawała charakter marki. Nuthatch to po angielsku kowalik, a więc również moje nazwisko. Spodobało mi się, że mogę w ten sposób dyskretnie podpisać swoje projekty, nadając marce nazwę, która brzmi intrygująco i pozostawia przestrzeń do interpretacji. Sam kowalik jest zresztą niezwykłym ptakiem. To jeden z nielicznych ptaków, które potrafią swobodnie poruszać się po pniach drzew głową w dół. Ma w sobie coś przekornego, jakby patrzył na świat z zupełnie innej perspektywy. Ta cecha szczególnie mnie urzekła, ponieważ doskonale oddaje moje podejście do projektowania. Lubię kwestionować przyzwyczajenia, szukać nowych zastosowań dla znanych form i odkrywać piękno tam, gdzie zwykle go nie szukamy. Myślę, że w pewnym sensie Nuthatch odziedziczyło po swoim ptasim patronie tę skłonność do odwracania perspektywy. W końcu sam pomysł tworzenia biżuterii jubilerskiej przeznaczonej do włosów jest próbą spojrzenia na tradycyjne ozdoby w nieco inny sposób. Podoba mi się też myśl, że nazwa marki jest jednocześnie moim nazwiskiem - małym osobistym podpisem ukrytym w każdym projekcie.
Co wyróżnia produkty Nuthatch na tle innych dostępnych na rynku?
Myślę, że przede wszystkim samo podejście do biżuterii. Przyzwyczailiśmy się, że ozdoby do włosów mają charakter typowo użytkowy albo stanowią drobne uzupełnienie stylizacji. Ja chciałam nadać im zupełnie inną rangę. Traktuję włosy jako kolejną przestrzeń dla biżuterii, równie interesującą jak dłonie, szyja czy uszy. Wyjątkowość moich projektów wynika z połączenia tradycyjnego jubilerstwa ze swobodą, jaką daje współczesna moda. Każdy element powstaje z dużą dbałością o formę, proporcje i detal. Ogromne znaczenie mają dla mnie jakość materiałów, ręczne wykonanie oraz trwałość. Myślę o tych przedmiotach jak o biżuterii, która może towarzyszyć właścicielce przez lata, zmieniając się wraz z jej stylem. Szczególnie interesująca jest dla mnie ich wszechstronność. Jedna ozdoba może stać się elementem minimalistycznej, codziennej fryzury, a innym razem głównym akcentem wieczorowej stylizacji. Możliwości wiązania, przeplatania i układania sprawiają, że ostateczny wygląd zależy od pomysłowości osoby, która ją nosi. W pewnym sensie każda właścicielka staje się współtwórczynią swojego projektu. Lubię również ten moment zaskoczenia, kiedy ktoś po raz pierwszy widzi moją biżuterię i zastanawia się, czym właściwie jest i jak można ją nosić. To dla mnie największy komplement.
Czy łatwo było odnaleźć się na rodzimym rynku z autorską marką?
Myślę, że największym wyzwaniem było wprowadzenie na rynek czegoś, co trudno przypisać do istniejących kategorii. Kiedy mówimy o biżuterii, większość osób wyobraża sobie pierścionki, kolczyki czy naszyjniki. Ozdoby do włosów kojarzą się z kolei najczęściej ze spinkami, opaskami i akcesoriami dostępnymi w popularnych sieciówkach. Nuthatch znalazło się gdzieś pomiędzy tymi światami, tworząc własną, dość niszową przestrzeń. Początkowo wyzwaniem było samo pokazanie, czym właściwie są moje projekty i jak wiele możliwości oferują. Zauważyłam, że często dopiero zobaczenie biżuterii we włosach, sposobu jej zakładania czy różnych wariantów stylizacji pozwala w pełni zrozumieć jej charakter. Polski rynek jest coraz bardziej otwarty na autorskie wzornictwo, a świadomość wartości rzemiosła i jakości wykonania stopniowo rośnie. Jednocześnie niewielkim, niezależnym markom trudno konkurować o uwagę z dużymi firmami dysponującymi ogromnymi budżetami marketingowymi. W moim przypadku dodatkowym wyzwaniem jest łączenie marki z pracą naukową, dydaktyczną i konserwatorską. Największą satysfakcję daje mi obserwowanie, jak biżuteria zaczyna żyć własnym życiem. Kiedy widzę moje projekty w zupełnie nowych stylizacjach, na głowach kobiet o różnych osobowościach i sposobach ubierania się, mam poczucie, że udało mi się stworzyć coś, co rzeczywiście pobudza wyobraźnię.
Czy pamiętasz pierwszego klienta lub pierwsze zamówienie? Jakie to było uczucie?
Oczywiście! Moją pierwszą klientką była mama. Myślę, że trudno wyobrazić sobie piękniejszy początek. To właśnie najbliżsi jako pierwsi obserwowali, jak moje pomysły stopniowo nabierają realnych kształtów. Pamiętam przede wszystkim ogromną radość z tego, że coś, co jeszcze niedawno istniało wyłącznie w mojej wyobraźni, zaczyna funkcjonować jako przedmiot, który ktoś chce nosić. Z czasem pojawiły się kolejne klientki, a wraz z nimi momenty, które były dla mnie szczególnie miłe i zaskakujące. Jednym z nich było zobaczenie mojej biżuterii u Anny Czartoryskiej-Niemczyckiej. Anna wielokrotnie wybierała opaski Nuthatch, zarówno na rodzinne spotkania i codzienne wyjścia, jak i bardziej oficjalne wydarzenia. Ogromnie cieszy mnie ta naturalność, z jaką włącza moje projekty do swojej garderoby. To chyba jedna z najprzyjemniejszych stron tworzenia własnej marki. W pewnym momencie biżuteria opuszcza pracownię i zaczyna uczestniczyć w historiach innych ludzi.
Co daje Ci największą satysfakcję w codziennym prowadzeniu marki?
Największą satysfakcję daje mi chyba sama możliwość tworzenia. Na co dzień zajmuję się konserwacją dzieł sztuki, a więc pracuję z obiektami, które mają już własną historię, materialną tożsamość i określone granice ingerencji. Nuthatch daje mi zupełnie inną perspektywę. Tutaj to ja podejmuję decyzje, eksperymentuję z formą i mogę pozwolić sobie na pełną swobodę twórczą. Bardzo lubię moment, kiedy pomysł, który pojawił się gdzieś w głowie, zaczyna nabierać rzeczywistego kształtu. Praca z metalem ma w sobie coś niezwykle satysfakcjonującego. Wymaga cierpliwości, precyzji i zrozumienia właściwości materiału, a jednocześnie pozwala na ciągłe poszukiwania. Cenię również niezależność, jaką daje mi prowadzenie własnej marki. Mogę rozwijać pomysły we własnym tempie, kierować się intuicją i tworzyć przedmioty, pod którymi w pełni się podpisuję.
Czy zdarzyło Ci się stworzyć coś zupełnie „przypadkiem", a okazało się hitem?
Myślę, że takim projektem jest opaska Vermicelle. W procesie twórczym bardzo lubię eksperymentować i czasami pozwalam sobie podążać za intuicją, bez szczegółowo zaplanowanego efektu końcowego. To właśnie z takich poszukiwań potrafią narodzić się najbardziej interesujące formy. Vermicelle okazała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych projektów marki. Szczególną niespodzianką było dla mnie zainteresowanie nią ze strony świata mody. Opaska pojawiła się w publikacjach magazynów takich jak „ICONIC" czy „HAIR", zyskując zupełnie nowe interpretacje w profesjonalnych sesjach zdjęciowych. Takie doświadczenia utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto pozostawiać sobie przestrzeń na eksperyment.
Co najbardziej inspiruje Cię do działania?
Przede wszystkim ciekawość. Mam w sobie ogromną potrzebę odkrywania, eksperymentowania i sprawdzania, co wydarzy się, kiedy spojrzymy na coś z nieco innej perspektywy. Inspiracje znajduję właściwie wszędzie, choć szczególnie bliska jest mi sztuka, z którą obcuję na co dzień. Jako konserwatorka mam wyjątkową możliwość poznawania dzieł od strony, która zwykle pozostaje niewidoczna dla odbiorcy. Fascynują mnie również formy organiczne, struktury, faktury i pozornie przypadkowe układy, które można odnaleźć w przyrodzie. Myślę, że największą siłą napędową jest dla mnie sama możliwość realizowania pomysłów. Uwielbiam ten moment, kiedy pojawia się myśl: „A co, gdyby spróbować zrobić to inaczej?".
Po jakie tworzywa, surowce lub narzędzia sięgasz najczęściej w swojej pracy?
Podstawowym materiałem, z którym pracuję, jest srebro. Mam do niego ogromny sentyment, wynikający również z rodzinnych tradycji jubilerskich. Fascynuje mnie jego plastyczność, sposób, w jaki reaguje na obróbkę, oraz niezwykła gra światła na jego powierzchni. Przywiązuję dużą wagę do jakości i składu wykorzystywanego metalu. Pracuję ze srebrem o kontrolowanej próbie, w którym jedynym dodatkiem stopowym jest miedź. W przypadku biżuterii do włosów ma to szczególne znaczenie. Projekt musi odpowiednio współpracować z fryzurą, zachowywać nadaną mu formę i być wygodny w użytkowaniu. W mojej pracy ogromną rolę odgrywa bezpośredni kontakt z materiałem. Lubię tradycyjne techniki jubilerskie, ręczne kształtowanie metalu i dopracowywanie detali. Myślę, że właśnie w tej uważności na materiał kryje się duża część tożsamości Nuthatch.
Jak wygląda Twój proces twórczy - bardziej improwizacja czy plan?
Zdecydowanie jedno i drugie, choć chyba najciekawsze rzeczy powstają gdzieś pomiędzy. Z wykształcenia jestem konserwatorką dzieł sztuki, więc planowanie, analiza i przewidywanie zachowania materiałów są nieodłączną częścią mojej codzienności. Mam jednak również silną potrzebę eksperymentowania, a własna pracownia jubilerska daje mi ku temu ogromną swobodę. Zazwyczaj wszystko zaczyna się od pomysłu na formę, czasem od prostego szkicu, a innym razem od fragmentu metalu, który akurat mam przed sobą. Zdarza się, że pierwotna koncepcja ewoluuje, proporcje się zmieniają, a przypadkowe zestawienie elementów prowadzi do zupełnie nowego pomysłu. Chyba najbardziej lubię moment, kiedy projekt zaczyna mnie samą zaskakiwać.
Z jakiego projektu jesteś najbardziej dumna/y i dlaczego?
Mam szczególną słabość do opaski Amber. To jeden z tych projektów, w których udało mi się osiągnąć coś, na czym bardzo mi zależy: połączyć wyrazistą, niemal rzeźbiarską formę z niezwykłą wygodą noszenia. Amber opiera się na asymetrii, która nadaje jej charakter i sprawia, że z każdej perspektywy wygląda nieco inaczej. Najbardziej dumna jestem jednak z jej konstrukcji. Pomimo nieoczywistego kształtu opaska jest zaskakująco lekka i doskonale dopasowuje się do głowy. Osiągnięcie tego efektu wymagało bardzo świadomego operowania proporcjami, ciężarem i sposobem, w jaki metal współpracuje z anatomią. Lubię myśleć o Amber jak o niewielkiej rzeźbie, która dopiero na głowie właścicielki znajduje swoje właściwe miejsce.
Gdybyś miał/a wskazać flagowy produkt marki Nuthatch - który by to był?
Bez wahania wskazałabym Vermicelle. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych i lubianych projektów, a jednocześnie chyba najlepszy przykład mojej filozofii projektowania. Jej największą zaletą jest możliwość niemal nieograniczonego eksperymentowania z formą. Vermicelle składa się z odpowiednio ukształtowanych srebrnych drutów, które można samodzielnie modelować, nadając opasce zupełnie nowy wygląd. W jednej chwili może być wąska, subtelna i dyskretna, a po chwili zamienić się w rozbudowaną, przestrzenną konstrukcję. Uwielbiam tę zmienność. Za każdym razem, kiedy widzę Vermicelle na czyjejś głowie, potrafi mnie czymś zaskoczyć. Jeżeli miałabym wybrać jeden projekt, który najlepiej opowiada o Nuthatch, byłaby to właśnie Vermicelle. Jest w niej swoboda, odrobina ekstrawagancji i ogromna przestrzeń dla indywidualności.
Dla kogo tworzysz swoje produkty?
Tworzę przede wszystkim dla kobiet, które lubią wyrażać siebie poprzez to, co noszą. Dla tych, które mają własne poczucie estetyki, są ciekawe nowych rozwiązań i czerpią przyjemność z odkrywania rzeczy nieoczywistych. Nie mam jednak w głowie jednego, ściśle określonego typu klientki. Fascynuje mnie właśnie to, jak różne osobowości potrafią nadać tej samej biżuterii zupełnie inny charakter. Chciałabym również zachęcać kobiety do noszenia pięknych przedmiotów na co dzień. Myślę więc, że Nuthatch jest dla kobiet, które lubią decydować o własnym stylu i nie boją się czasem spojrzeć na modę z innej perspektywy. Zupełnie jak kowalik, od którego marka wzięła swoją nazwę.
Czy tworzysz spersonalizowane projekty? Jakie? Na czym polega personalizacja?
Personalizacja jest właściwie wpisana w samą ideę marki, choć rozumiem ją nieco szerzej niż tradycyjne wykonywanie biżuterii na zamówienie. Już na etapie projektowania zależy mi na tym, żeby gotowy przedmiot pozostawiał właścicielce przestrzeń do własnej interpretacji. Najlepszym przykładem jest Vermicelle, której srebrne elementy można modelować, zmieniając szerokość, objętość i sposób układania opaski na głowie. Bardzo podoba mi się myśl, że biżuteria może rozwijać się razem z osobą, która ją nosi. Ostateczny wygląd biżuterii zależy przecież od jej właścicielki, jej wyobraźni i sposobu, w jaki zechce ją nosić.
Czy masz twórcze dziwactwa, z których się śmiejesz?
Myślę, że moim największym twórczym dziwactwem jest zawodowe skrzywienie konserwatorki. Potrafię z ogromną uwagą analizować najdrobniejsze szczegóły, zastanawiać się nad właściwościami materiału, proporcjami czy sposobem wykończenia powierzchni. Czasami mam wrażenie, że zamiast po prostu zrobić opaskę, prowadzę nad nią mały projekt badawczy. Zdarza mi się też wracać do pozornie skończonego projektu, bo nagle zauważę detal, który koniecznie muszę poprawić. Najzabawniejsze jest chyba to, że po całym dniu pracy z dziełami sztuki, wymagającej skupienia i precyzji, potrafię wrócić do pracowni i dla relaksu zająć się kolejną niezwykle precyzyjną pracą. Widocznie każdy odpoczywa na swój sposób.
Jaką emocję najczęściej próbujesz „przemycić" do swoich projektów?
Chyba przede wszystkim radość odkrywania, z odrobiną przekory. Lubię przedmioty, które potrafią zaskoczyć, wywołać uśmiech albo sprawić, że przez chwilę spojrzymy na coś zupełnie inaczej. Jest też coś niezwykle przyjemnego w założeniu ozdoby, która sprawia, że nagle czujemy się trochę inaczej. Fascynuje mnie, jak niewielki przedmiot potrafi wpłynąć na nasze samopoczucie i sposób, w jaki się prezentujemy. Najbardziej chciałabym jednak przemycać do swoich projektów pewną swobodę - taką, która zachęca do zabawy modą i traktowania biżuterii z odrobiną fantazji.
Jak reagujesz na ciszę - inspiruje Cię czy męczy?
Zdecydowanie inspiruje. Cisza ma dla mnie coś z medytacji. Pozwala mi odciąć się od codziennego natłoku informacji, obowiązków i bodźców, które nieustannie domagają się naszej uwagi. Kiedy pracuję w ciszy, stopniowo tracę poczucie czasu i całkowicie zanurzam się w tym, co robię. Mam wrażenie, że właśnie wtedy pojawia się przestrzeń na najbardziej nieoczywiste pomysły. W świecie, w którym niemal bez przerwy coś nas rozprasza, możliwość pobycia przez chwilę w ciszy jest dla mnie prawdziwym luksusem.
Czy masz rytuał na „gorszy dzień w pracowni"?
Chyba najważniejszym rytuałem jest umiejętność powiedzenia sobie: „Na dzisiaj wystarczy". Bywają dni, kiedy srebro wydaje się mieć własne zdanie na temat tego, jak powinno wyglądać, a każdy kolejny ruch tylko oddala mnie od zamierzonego efektu. W takich momentach najlepiej po prostu odłożyć narzędzia. Zauważyłam, że wiele problemów, które wieczorem wydają się niemożliwe do rozwiązania, następnego dnia okazuje się zupełnie błahych. Myślę, że z czasem nauczyłam się szanować również te mniej produktywne dni.
Co zmieniło się w Tobie od czasu, gdy zaczynałaś/eś swoją przygodę z marką?
Myślę, że przede wszystkim nauczyłam się większego zaufania do własnej intuicji. Kiedy zaczynałam tworzyć Nuthatch, miałam już wieloletnie doświadczenie w pracy ze sztuką i materiałami, jednak projektowanie pod własnym nazwiskiem okazało się zupełnie innym doświadczeniem. Z czasem nabrałam większego dystansu do oczekiwań rynku. Zrozumiałam, że największą wartością niezależnej marki jest jej autentyczność. Dziś znacznie swobodniej podchodzę do eksperymentowania i coraz bardziej cenię możliwość rozwijania własnego języka projektowego. Chyba najważniejsze jest jednak to, że zaczęłam inaczej patrzeć na sukces. Coraz częściej dostrzegam go w drobnych momentach: udanym rozwiązaniu konstrukcyjnym, projekcie, z którego jestem naprawdę dumna, czy zdjęciu klientki noszącej moją biżuterię w sposób, którego sama bym nie wymyśliła.
Jakie masz plany lub marzenia związane z rozwojem marki Nuthatch?
Mam zdecydowanie więcej pomysłów niż czasu na ich realizację! Nuthatch od początku jest dla mnie przestrzenią twórczej swobody i chciałabym, żeby tak pozostało. Marzy mi się dalsze rozwijanie kolekcji, poszukiwanie nowych form i eksperymentowanie z możliwościami, jakie daje metal. Jednym z moich najbliższych planów jest reorganizacja pracowni, tak aby móc poświęcać jubilerstwu więcej czasu. Chciałabym również wrócić do intensywniejszej pracy nad pierścionkami. Oczywiście marzy mi się także, żeby marka docierała do coraz szerszego grona odbiorców, również poza Polską. Najważniejsze jest jednak dla mnie zachowanie autorskiego charakteru marki. Chciałabym, żeby Nuthatch kojarzyło się z odważnym wzornictwem, wysoką jakością wykonania i przedmiotami, które mają własną osobowość.
Jaką myśl, radę lub słowo otuchy przekazał(a)byś sobie z czasów, gdy wszystko dopiero się zaczynało?
Powiedziałabym sobie: „Nie próbuj przewidywać wszystkiego. Niektóre z najciekawszych rzeczy wydarzą się właśnie wtedy, kiedy pozwolisz sobie na odrobinę niepewności". Mam wrażenie, że z wiekiem i doświadczeniem coraz częściej szukamy racjonalnego uzasadnienia dla swoich decyzji. Tymczasem wiele moich najlepszych pomysłów zaczynało się od zwykłej ciekawości i potrzeby sprawdzenia, co z tego wyniknie. Powiedziałabym sobie również, żeby nie mierzyć wartości własnych pomysłów wyłącznie ich popularnością. A na koniec przypomniałabym sobie o kowaliku. Skoro ten niewielki ptak potrafi z taką swobodą poruszać się po świecie głową w dół, może czasami naprawdę warto odwrócić perspektywę i zobaczyć, dokąd nas to zaprowadzi.