Co było impulsem do stworzenia własnej marki?
Namineso to nie jest żaden wielki biznesplan, tylko po prostu pomysł, który wreszcie przestałem trzymać w szufladzie. Mam taki notatnik, w którym latami zapisywałem różne koncepcje. W pewnym momencie poczułem, że to jest ten czas – przestałem o tym tylko myśleć, przestałem czekać na „idealny moment" i po prostu zacząłem to robić. Tworzę po pracy, w domowym zaciszu, czerpiąc z tego zwykłą radość. To mój mały krok, ale bardzo uczciwy i mój własny.
Jak długo trwały poszukiwania idealnej nazwy i dlaczego właśnie ta została wybrana?
Nazwa Namineso czekała w notatniku już bardzo długo. Co zabawne, od samego początku ludzie kojarzą ją z „na mięso" - przyjmuję to z dużym uśmiechem! Traktuję to z dystansem: jeśli ktoś chce w tych torbach nosić mięso, to niech nosi. Cieszę się, że nazwa budzi emocje i uruchamia wyobraźnię od pierwszego wejrzenia. Marka ma być żywa, a takie skojarzenia tylko pokazują, że Namineso ma swój charakter i nie musi być śmiertelnie poważne.
Co wyróżnia produkty Namineso na tle innych dostępnych na rynku?
Stawiam na rzemiosło i autentyczność. Namineso bada przezroczystość poprzez koronkę, ale to nie jest tylko design - to przedmioty stworzone, by je czuć, a nie tylko oglądać. Każdy egzemplarz to dla mnie poligon doświadczalny: jestem pierwszym testerem wielu rzeczy, które wprowadzam do Namineso. Jeśli coś przejdzie mój wewnętrzny test jakości i estetyki, wtedy dopiero trafia do Was. Wprowadzam do marki to, czym sam się otaczam, co noszę, dbam o detal i o to, żeby produkt był naprawdę funkcjonalny w codziennym użytkowaniu.
Czy łatwo było odnaleźć się na rodzimym rynku z autorską marką?
Nie szukałem łatwej drogi - po prostu zacząłem działać. Moje pierwsze sesje zdjęciowe to nie były profesjonalne studia, tylko supermarketowe alejki. Brałem torby, szedłem przed regał z pieczywem czy warzywami i tam fotografowałem, jak wyglądają w „naturze". Miałem szczęście, bo w social mediach ludzie docenili tę naturalność, a ja zrozumiałem, że to, co tworzę, ma szansę. Pracuję w digitalu od lat i to doświadczenie bardzo mi pomaga - nie tylko w budowaniu zasięgów, ale przede wszystkim w projektowaniu doświadczeń użytkownika. Dzięki temu wiem, że torba to nie tylko materiał, to user experience, które musi działać w prawdziwym życiu, a nie tylko na zdjęciu w internecie.
Czy pamiętasz pierwszego klienta lub pierwsze zamówienie? Jakie to było uczucie?
Czułem ogromną radość, ale też pokorę. Nie było w tym wielkiej pompy, raczej poczucie, że robię coś, co ma sens i że komuś innemu to też się spodobało. To było po prostu fajne uczucie. Po wysłaniu każdej paczki mam jednak pewien niepokój - chciałbym, aby kupujący naprawdę się cieszył przedmiotem Namineso. Czekam na każdą opinię, zdjęcie, tag.
Co daje Ci największą satysfakcję w codziennym prowadzeniu marki?
Największą radość sprawiają mi momenty, w których Namineso zaczyna żyć własnym życiem w rękach innych kreatywnych ludzi. Na początku drogi odezwali się do mnie studenci, którzy zobaczyli moje produkty i chcieli wykorzystać je do swojej pracy zaliczeniowej. Po wymianie kilku wiadomości pokazali mi swój pomysł i moodboard - uznałem, że to absolutnie fantastyczne podejście, więc zaufałem im i oddałem produkty w ich ręce. Nie ingerowałem w proces; oni wszystko realizowali według własnego harmonogramu i koncepcji. Był moment naturalnego niepokoju, jak to wszystko wyjdzie, ale kiedy pokazali efekt końcowy wyszło fantastycznie. Będę mógł tę sesję niebawem publikować i jestem z niej ogromnie dumny. To dla mnie zupełnie inna energia niż w przypadku zapytań o barter od influencerów. Jasne, miło czytać, że „fajny produkt", ale wiem, jak ten rynek działa, więc traktuję takie propozycje z odpowiednim dystansem. Prawdziwą satysfakcję czuję wtedy, gdy ktoś chce tworzyć coś od podstaw, z autentycznej pasji, a nie tylko dla zasięgów.
Jaką emocję najczęściej próbujesz „przemycić" do swoich projektów?
Najważniejsza jest dla mnie uważność i spokój. Kiedy projektuję i szyję, myślę o przedmiotach, które mają „duszę". Chcę, żeby osoba trzymająca torbę Namineso w dłoni poczuła jakość, która wynika z powolnego, świadomego rzemiosła. Nie gonię za trendami, chcę przemycić do moich toreb trochę siebie, przekazać też sporo spokoju i jakości, która zostanie z właścicielem na dłużej. To nie jest wielka filozofia, raczej drobna satysfakcja z robienia rzeczy własnoręcznie.
Czy masz rytuał na „gorszy dzień w pracowni"?
Gorsze dni się zdarzają, szczególnie po pracy, kiedy człowiek jest już zmęczony, a tu szycie czeka. Mój rytuał? Po prostu parzę dobrą kawę i siadam do szycia. Bardzo pomaga mi moja suczka, która jest najlepszym towarzyszem w takich chwilach. Często przypomina mi, żeby nie robić wszystkiego na wariata. Pozwalam sobie na chwilę oddechu, odkładam projekt na bok i wracam do niego wtedy, kiedy znowu czuję w tym radość. Choć zdarza się, że zamówienia mnie gonią.
Jakie masz plany lub marzenia związane z rozwojem marki Namineso?
Namineso to dla mnie miejsce, w którym mogę testować moją kreatywność i próbować siebie, robiąc „swoje". Mam w głowie jeszcze kilka pomysłów na kolejne marki i projekty, które dojrzewają. Nie nakładam na siebie presji wielkiej korporacji. W tej pracuję od 9 do 17, od poniedziałku do piątku i to wystarczy ?